Coś o nas, Samuelu, psie o imieniu Mort i reszcie świata.
Kategorie: Wszystkie | wesele
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

prawda Morcie?:)

Fajnie = spacery w słońcu, mrozie po zaśnieżonych polach z zawiniętym przy piersi synkiem i gromadą psów, pyszne jedzonko, słodkości do kawki, pogaduchy i posiedzenia do późnych godzin nocnych przy rozmowie, tv, książce i grach (tak, ja też...). Podsumowując, było to radosne lenistwo w dobrym towarzystwie. No i chyba udało się sprawić, że mama nie zapłakała się z tęsknoty za tatą - na czas rozłąki dostała w zastępstwie wnuczka do przytulania oraz psa, który nie tylko towarzyszy, ale i wraca z nią ze spacerów:)

23:05, aguipawlu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

Biorąc przykład z koleżanki Mychy, staram się praktykować częste spacery z moim dziecięciem. Aż tak ambitna jak ona nie jestem w tej kwestii (ona chodzi codziennie min.2 godziny!), ale jako, że daje mi dobry przykład, staram się ją gonić. Tak więc wychodzę na przechadzki pomimo deszczu, śniegu i ogólnej niepogody, jeśli tylko wystarczy mi chęci lub właśnie walczę z lenistwem i idę wbrew całej niechęci, jaka ogarnia mnie danego dnia.

Obecnie jednak panuje u nas Pani Zima, i choć jest dla nas łaskawa, bo nie mrozi, to sypie śniegiem i maluje piękne krajobrazy. Piękne, o ile nie jeździ się samochodem po nieodśnieżonych i śliskich drogach (że już nie wspomnę o wyjeżdżaniu z zasypanych parkingów) lub wózkiem po równie zaniedbanych chodnikach. Korzystając z jednych i drugich, wydaje mi się, że chodniki mają się jednak lepiej. Ktoś czasem zamiecie to tu to tam. Niestety jeśli idzie się na dłuższy spacer dalej od bloków, nie można już liczyć na pana sprzątacza, który zamiata pod klatką. A ja należę raczej do tych, co nie umieją spacerować wkoło bloku i nie wracają po 15 minutach. Bo przecież, jak już się wybiorę, zniosę dziecię w wózku, wytarabanię się z nim na zewnątrz, to żal wracać. Spacer musi trwać co najmniej godzinę, żeby poczuć, że się było, ruszyć nogi i zmęczyć pośladki, zgłodnieć i nie mieć wyrzutów sumienia, że wraca się na obiad.

Kiedy już tak krążę po osiedlu, zawsze odkrywam nowe miejsca. W szczególności miejsca niedostępne dla mamy z dzieckiem w wózku. Pomijając sklepy, do których nie da się wejść/wjechać, do klasyków zaliczam prawie wszystkie osiedlowe podjazdy, gdziekolwiek prowadzą. Naprawdę nie ma znaczenia, czy to podjazd/ zjazd do sklepu, apteki, do przejścia podziemnego, czy po prostu różnica poziomów na osiedlu. Prawie wszystkie podjazdy są nie do pokonania dla kobiety z wózkiem. No chyba, że jest się supersprawną siłaczką, która trenowała wcześniej bieg z wózkiem w terenie... I o ile dla mam jest to okres przejściowy i mogą omijać te zupełnie nieprzydatne podjazdy lub nie korzystać ze sklepu będąc na spacerze, to zastanawia mnie, jak radzą sobie osoby niepełnosprawne, które przecież także, a może właśnie w pierwszej kolejności były brane pod uwagę, gdy ktoś projektował te podjazdy, ewentualnie tworzył prawo budowlane, które reguluje poziom nachylenia tychże obiektów małej architektury... Nie wiem, jak silne trzeba mieć ręce, ile czasu trzeba trenować, żeby być samodzielnym i móc bez kłopotu skorzystać z tych 'ułatwień'. A przecież dla większości osób na wózkach inwalidzkich sytuacja nie jest przejściowa. Już zawsze będą musieli gdzieś robić zakupy, jakoś dostać się do autobusu, na pocztę, do apteki... Moja refleksja była taka, że jakiś dobry duch chyba zesłał nam hipermarkety. Bo tam ktoś już POMYŚLAŁ o podjazdach o odpowiednim, możliwym do pokonania kącie nachylenia czy szerokich alejkach, żeby móc wjechać do sklepu. Nie wiem, czy mam rację, nie znam nikogo, kto jeździ na wózku, ale znam inne matki z małymi dziećmi. I wiem, że nie jest to problem jednego osiedla. Tak jest wszędzie. Nie wiem też, czy ktoś miałby odwagę wyprosić osobę na wózku inwalidzkim ze sklepu, ale wypraszanie kobiet z wózkami jest na porządku dziennym. Że już nie wspomnę o pomysłach pań ekspedientek, które proponują zostawić dziecko przed sklepem...

A zatem, spacery edukują, wzbudzają refleksje i poszerzają horyzonty. Polecam :)

P.S. Autobusy. Może być różnie. Czasem ktoś pomaga wnieść/wynieść wózek, ale czasem jakimś dziwnym trafem, NIKT NIE WIDZI, że próbuję wpakować się do do środka i ustawić w najmniej przeszkadzającym miejscu. Ludzie wolą stać dla miejscu dla wózków i udawać, że ich tam nie ma. Niesamowite.

23:45, aguipawlu
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2012

to ju trzy miesiace mamo

:D

Dziś, w moim odczuciu, stwierdzenie "trzy miesiące temu" to cała wieczność! Codzienne przebywanie z Samem, obserwowanie tego, jak rośnie, jak się zmienia, powoduje, że czas jakoś inaczej płynie. Świat sprzed porodu (że już nie powiem sprzed ciąży) jest odległy, inny, dawny. Teraz żyjemy w świecie karmienia (w końcu pełnego i przyjemnego), zabaw, rozmów, Kaczki Dziwaczki i piosenek z "Króla Lwa" i 'Pocahontas'. I ostatecznie, żeby nam nie było nudno i smutno, w tym tygodniu  tatuś dołączył do nas, zakładając sobie gips na nogę!

Podsumowując: kolek nie było, zaledwie kilka bólów brzuszka i to niedużych, nieprzespanych nocy chyba kilka i nawet już nie pamiętam; za nami już wycieczki piesze, samochodowe i autobusowe; mamy już ulubione bajki, miejsca w domu, do których zawsze warto powiedzieć 'a-guu', odkryliśmy, że mama jest dobra na wszystko, a najbardziej na zły humor i dzień pt.'jestem strasznym ogrem i będę ryczał, ile mi się zechce';  tata najlepiej 'lata' (obecnie skacze) po mieszkaniu, a  Mort jest obrońcą stada wszechczasów.

Jedni mówią, że pierwsze trzy miesiące są najgorsze, inni, że właśnie najpiękniejsze. Jeśli te nasze były najgorsze, to ja chyba pęknę ze szczęścia w najbliższym czasie, jeśli zaś to były te najpiękniejsze z naszego wspólnego życia, to mam nadzieję, że kolejne będą tylko odrobinę mniej urokliwe i cudowne:)

Czy mam dość i chcę już wracać do pracy? Dość - nie. Do pracy - póki co tylko na wspomnienie radosnego uczucia, gdy udało się wykonać pracę i dostałam przelew na konto...:P Mamy jeszcze czas:)

21:19, aguipawlu
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 grudnia 2011

Za nami pierwsze duże imprezy - spotkanie świąteczne w studiu (w tym pierwsze publiczne karmienie), wigilia u jednych dziadków, święta u drugich. Przed nami pierwszy wspólny koniec i początek roku - myślę, że nie gorszy niż poprzednie okazje:) Skoro Samek zniósł jeżdżenie samochodem od dziadków do dziadków ze szczekającym psem w tle, chóralne śpiewanie kolęd i ogólny całodniowy, świąteczny hałas, to przeżyje i Sylwestra. Co prawda po świętach dwa dni dochodziliśmy do siebie, ale cóż... są lepsze i gorsze strony imprez i chyba czas się przyzwyczajać:)

Tymczasem...nasz synek to człowiek o wielu twarzach:)

Szczera, syta radość, czyli ukochany synek mamusi:)

Nieśmiały poeta?

Niedostępny myśliciel?

Radosny wywrotowiec?

:D

18:51, aguipawlu
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 grudnia 2011

Jak co roku, tak i w ten przedświąteczny czas nie udało mi się uniknąć świątłocznych zakupów.

Może bym nie zwróciła na to uwagi, może nie przejęłabym się stojącymi na środku przejść i torującymi całą drogę ludźmi (spotkali znajomych, których z pewnością dawno nie widzieli i się zagapili), ani tym, że w ten przygotowawczy czas ludzie pchają się jeden przez drugiego, przesuwają sobie wózki, potrącają się koszykami bez cienia skruchy i nawet wyszeptanego pod nosem 'przepraszam' (chcą  tylko szybko zrobić zakupy i wrócić do swoich domów i rodzin), gdyby nie jedno zdanie wycedzone przez zęby tuż za moimi plecami:

"Żałuję, że cię urodziłam!"

Kiedy wśród setek innych słów, szumu galerii i świątecznej muzyki, która starała się zagłuszyć cały ten harmider, do moich uszu wpadło to straszne zdanie, odwróciłam się i zobaczyłam skromnie ubraną, zapłakaną, na oko 8-9-letnią dziewczynkę, pchającą za matką wielki wózek.Spojrzała na mnie zapłakana i zawstydzona, że to usłyszałam...

Ścisnęło mnie w gardle. Nie powiedziałam nic. Odwróciłam się i poszłam po kolejne rzeczy z listy zakupów.

Powinnam była zareagować?

Zastanawiałam się nad tym długo, bo nie dawało i  wciąż nie daje mi to spokoju. Mogłam zareagować, wziąć tę okropną kobietę za fraki i kazać jej to odwołać, zrobić awanturę, lub zwyczajnie porozmawiać. Mogłam? Żałowałam, że tego nie zrobiłam. Później jednak doszło do mnie, że ta biedna dziewczynka prawdopodobnie umarłaby ze wstydu za własną matkę, płakałaby jeszcze dłużej, a matka zapewne wyrzucałaby jej jeszcze długo, jak wiele wstydu musiała przez nią znieść.

Nie wiem, czy postąpiłam dobrze, nie wiem, czy w ogóle można w takiej sytuacji postąpić dobrze, nie wiem też, jak się zachowam, gdy kiedyś usłyszę coś takiego ponownie.

Niemniej Dziewczynce życzę, by miała siłę wierzyć, że jej matka nie miała tego na myśli, bo cytując pewnego mrocznego bohatera o anielskim sercu: "Mama to imię Boga w ustach dziecka" (E.Draven, Kruk.).

10:08, aguipawlu
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17